facebook Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. instagram

Phanatic i Tina– tak nazywają się nasze rowery. I chyba te nazwy poniekąd do nas pasują, bo moja oddaje moje właśnie „fanatyczne” zamiłowanie do rowerowych podróży. Natomiast Angeliki Tina to piękny czerwony rower, pasujący do urody mojej Żony:) Do rowerowych podróży Angelikę zapaliłem ja. A moja miłość zrodziła się gdzieś około 15 roku życia, kiedy Tata zakupił do domu dwa nowe rowery. W tamtym czasie odbyliśmy kilka wypadów razem i od tego momentu zacząłem często wyjeżdżać na jednodniowe przejażdżki. Kiedy później na studiach rozwinęła się moja pasja podróżowania, to wycieczki rowerowe nabrały dla mnie jeszcze głębszego znaczenia… Szczęśliwie Angelika od razu podzieliła moją miłość do roweru i dziś kręcimy już razem:)

Po zakupieniu Angelice roweru i pierwszym teście Tiny, kiedy to przejechaliśmy 105 km wiedziałem, że mogę liczyć na Angeliki kondycję. Przyznam, że byłem nawet miło zaskoczony, że bez specjalnego przygotowania od razu poradziła sobie z takim dystansem. Dlatego kolejną wycieczkę zaplanowałem już poza granicę Polski:) Wyjechaliśmy rannym pociągiem z Wrocławia w stronę Kamieńca Ząbkowickiego. Stamtąd już niedaleko jest do granicy z Czechami. Celem wyjazdu były przede wszystkim krajobrazy Gór Rychlebskich tzw. Mikroregionu Zulowsko. Najprościej tam się dostać od strony Paczkowa lub Nysy. Dlatego, kiedy wysiedliśmy w Kamieńcu Ząbkowickim, ruszyliśmy w stronę Paczkowa, mijając po drodze dwa zalewy, których w regionie jest kilka. Jechaliśmy fragmentem międzynarodowego szlaku rowerowego R9, który łączy Gdańsk z Pulą w Chorwacji. Ta myśl dodawała smaczku naszej wycieczce… W Paczkowie zjedliśmy drugie śniadanie. Miasto ma nieduży rynek i ratusz z ładną renesansową wieżą. Ponadto jest tu dobrze zachowany zespół murów obronnych, przez co Paczków nazywany jest „polskim Carcassonne” (miasto we Francji słynące ze średniowiecznych obwarowań i zabudowy z tego okresu). Swój koniec ma tu też kolarski polsko – czeski Szlak Czarownic. Bardzo ciekawa trasa na dwu, trzydniową wyprawę rowerem. My nie mieliśmy jednak tyle czasu, dlatego udaliśmy się w stronę granicy do miejscowości Javornik, która jest już po czeskiej stronie. Z oddali widać było zamek na wzgórzu, z którego oglądaliśmy panoramę niewielkiej miejscowości. Trafiliśmy akurat na jakiś lokalny festyn, związany z miejscową strażą pożarną. Klimat imprezy był podobny do tych, jakie odbywają się u nas w kraju, w tego typu miejscowościach. Od tego miejsca cały czas mieliśmy po prawej stronie widoki na Rychlebskie Góry, których odpowiednikiem w Polsce są Góry Złote i Bialskie. Choć było trochę pochmurno, to widoki były ładne. Cieszył nas równiutki asfalt, po którym lekko sunęliśmy w głąb Czech. Z czasem pogoda się poprawiła i podróż dawała jeszcze więcej radości. W miejscowości Zulova stanęliśmy przed dylematem, czy jechać dalej na południe, czy może już powoli zataczać pętlę w stronę polskiej granicy. Z jednej strony chcieliśmy dojechać do Jesenika, z drugiej mieliśmy już trochę kilometrów w nogach, a droga zapowiadała się typowo pod górę. Baliśmy się także, że nie uda się nam wrócić na powrotny pociąg do Wrocławia. Ale świeciło piękne słońce i ciekawiło nas, co czeka dalej – w końcu byliśmy poza granicami kraju:) Podjęliśmy więc decyzję, że oddalamy się nadal od granicy. Początkowo droga była równa i jechało się łatwo. Później jednak zaczęliśmy się wspinać pod górę. Podjazd nie był stromy, ale dosyć długi. Wymagał trochę wysiłku. Kiedy osiągnęliśmy przełęcz, to do Jesenika pędziliśmy już bez pedałowania. Zjazd był nie lada frajdą. Samo miasto nie zrobiło na nas dużego wrażenia. Spodziewaliśmy się typowo górskiej miejscowości, a tu miasto o nieszczególnym charakterze. Klimat górskiego kurortu nadawała mu jedynie płynąca rzeczka. Nie przeszkadzało nam to jednak zjeść w rynku smacznego obiadu za kupione wcześniej korony. Ponadto czuliśmy satysfakcję, że udało nam się osiągnąć wcześniej zakładany cel.

Czas płynął nieubłaganie, a do pociągu w Polsce było daleko. Ruszyliśmy więc w drogę objeżdżając z drugiej strony niejaki Studnicni vrch. Za miejscowością Pisecna rozpoczął się kapitalny odcinek ciągłych zjazdów. Wiedzieliśmy, że będzie w dół, ale nie myśleliśmy, że aż tak fajnie! Zjazdy były podwójne i potrójne. Będąc rozpędzonym po jednej górce zjeżdżaliśmy kolejną i następną…! Jakby zjazdom nie było końca, a przecież wcale tak wysoko się nie wspięliśmy. I tak do samej Vidnavy. Tam po ocenie szans na powrót pociągiem do Wrocławia, dotarliśmy po chwili do granicy. Pierwszą miejscowością w Polsce były Dziewiętlice. I od razu różnica widoczna na drodze. Po czeskiej stronie w większości drogi były idealnie gładkie. A u nas takich odcinków było tyle, co kot napłakał… Pod wieczór niebo zasnuło się chmurami i od strony gór naciągała niezła ulewa. Kiedy dotarliśmy do Paczkowa, lało już na dobre. Schowaliśmy się na przystanku i czekaliśmy, żeby trochę ustąpiło. Ale deszcz nie dawał za wygraną, a nam czas do pociągu ciągle się kurczył. Ustaliśmy ostateczną godzinę, o której musieliśmy ruszyć bez względu na pogodę i czekaliśmy… Na szczęście ulewa zmieniła się w lekki deszcz i mogliśmy w miarę w normalnych warunkach jechać dalej. Przez ten postój ostatni odcinek pokonaliśmy w pośpiechu. Udało nam się zdążyć na pociąg w Kamieńcu Ząbkowickim, w którym to 135 km temu rozpoczynaliśmy trasę… Byłem dumny z mojej Ukochanej, że poradziła sobie z takim dystansem i to jeszcze w pofałdowanym terenie. W głowie mamy już kolejne pomysły na trasy polsko – czeskim pograniczem. Czeka choćby wspomniany – tajemniczy Szlak Czarownic…

RADZIMY:

Korzystamy z plików cookies zapisujących dane użytkownika.

Nasza Strona internetowa używa plików cookies do prawidłowego działania strony w tym do celów statystycznych. Korzystanie ze Strony bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w Polityce Plików Cookies

Zrozumiałem