facebook Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. instagram

…Lecieliśmy właśnie samolotem nad Cykladami, kiedy to pod nami wyłoniła się charakterystyczna sylwetka Santorini. Łatwo ją rozpoznać, bo ma specyficzny podłużno – łukowaty kształt. To pozostałość stożka po wielkim wybuchu wulkanu setki lat temu. Ta najczęściej spotykana na pocztówkach z Grecji wysp była jednym z naszych celów podczas tej podróży. Wcześniej jednak mieliśmy zobaczyć królową Greckich Wysp, czyli Kretę. I właśnie zmierzaliśmy w stronę lotniska w Heraklionie. Zazwyczaj przy wyborze hotelu bierzemy pod uwagę dwa czynniki: niska cena i korzystna lokalizacja do zwiedzania. Tym razem przypadek sprawił, że hotel był dodatkowo pięknie położony. Miejscowość Elounada w Zatoce Mirabello idealnie nadaje się na spokojne wakacje. A hotele tam położone mają naprawdę wspaniałą panoramę na okolicę. Zresztą Mirabello – znaczy „piękny widok…” Kiedy byłem innym razem zawodowo na Krecie i oglądałem hotele, żadne nie były tak pięknie położone jak te, w tej części wyspy. Także i nasz hotelik położony na zboczu góry miał zachwycające widoki. A w tej panoramie kusiła malutka wysepka Spinalonga. Była ona pierwszym celem naszej pieszej wycieczki. Dostać się na nią można było promem (ok. 8€ w dwie strony), który kursował co 30 min z małej wioski Plaka. Ta wyspa to jedna z ostatnich w Europie kolonii trędowatych. Zwożono na nią ludzi cierpiących na tę chorobę z całej Grecji jeszcze do lat 60 ubiegłego wieku..! Na miejscu można zobaczyć część zabudowań, w których mieszkali chorzy oraz pozostałości weneckiej twierdzy. Do tego znów mamy piękną scenerię zatoki. Można usiąść w oknie twierdzy i godzinami kontemplować widoki…

Po wypożyczeniu autka na drugi dzień udaliśmy się na pierwszy objazd wyspy. Jechaliśmy całkiem na wschodni jej kraniec w kierunku Plaży Vai. Słynie ona z tego, że ponoć kręcono na niej reklamę kokosowego batonika Bounty… Na miejscu rzeczywistość nie ma nic wspólnego z reklamą, ale naturalnie rosnące tam palmy nadają miejscu klimat. Ponadto sama droga z Agios Nikolaos dostarcza wielu przyjemnych widoków. Z uwagi na „telewizyjną sławę”, na plaży można spotkać dość sporo turystów. Kto szuka spokoju może udać się drogą przez skały do drugiej ustronniejszej plaży. My tam dopłynęliśmy naszym materacem. Po raz pierwszy na urlop zabraliśmy dwuosobowy materac, bo zawsze nam było szkoda w różnych miejscach, że od tak nie mogliśmy sobie popływać/poleżeć na materacu. Pomysł się sprawdził zwłaszcza, że mieliśmy pompkę i nie trzeba było nadmuchiwać ustami:) Na plaży Vai spędziliśmy większość dnia. W drodze powrotnej znów cieszyliśmy oczy widokami. Naszą uwagę zwrócił samotnie położony nad brzegiem morza mały kościółek.

Z uwagi na wielkość Krety w planach mieliśmy zobaczyć najpierw jej wschodnią część. W przyszłości przyjdzie czas na zachód. W samolocie ktoś jednak polecił nam Lagunę Balos, jako najlepszą plażę na wyspie. I nawet jeśli nią była, to od naszego hotelu był tam kawał drogi. Ja nie chciałem się zgodzić, ale Angelika podniecona tym faktem ciągle nalegała. W hotelu poznaliśmy Agnieszkę i Marcina, którzy spędzali na Krecie swoją podróż poślubną. Chętnie zgodzili się z nami pojechać na drugi koniec wyspy, do tej tajemniczej i niesamowitej plaży. Tym samym koszty paliwa rozłożyły się na 4 osoby. Wstaliśmy o 5 rano, bo droga była daleka. Na szczęście północną autostradą wzdłuż wyspy jedzie się wyśmienicie. Na koniec jednak autostrada nie tylko zmieniła się na lokalną drogę, ale w całkowite bezdroże z kamieniami, urwistym klifem i wszechobecnymi kozami! Mieliśmy wątpliwości, bo auto nie nadawało się na takie drogi i w razie gumy ubezpieczenie tego nie obejmowało. Z drugiej strony przejechaliśmy tyle kilometrów, że szkoda było się wracać… Po głosowaniu wszyscy byli zgodni: ryzykujemy! Toczyliśmy się więc powoli tą zachwycającą widokami, ale koszmarną drogą nie wiedząc, kiedy się skończy. Dotarliśmy w końcu do jakiegoś pseudo parkingu. Stamtąd, kierując się nie do końca jasnym szlakiem, szliśmy już pieszo. Ale kiedy przeszliśmy na drugą stronę cienkiego półwyspu Gramvoussa, wszystko stało się jasne… Laguna Balos…! Miejsce szczególnej urody, zachwycające, enigmatyczne. Staliśmy wysoko na górze i przecieraliśmy oczy ze zdumienia… Płytka, oddzielona od morza zatoką i małą wysepką, laguna. Miejsce jak z raju… Znów Angeliki intuicja okazała się niezawodna. Schodziliśmy, a właściwie zbiegaliśmy w dół po kamieniach, by doświadczyć tego cudu przyrody. Na dole bialutki, mięciutki piasek i płytka laguna, wypełniona po kostki ciepłą wodą. Za nią łagodne wejście do turkusowego morza. Woda ma niesamowity kolor. Nam przypominało to raczej Karaiby, Zanzibar albo inne egzotyczne miejsce. Tak trudno było uwierzyć, że jesteśmy na Krecie… Była 10 rano. Oprócz naszej czwórki gdzieś w oddali 3 osoby. Ten raj mieliśmy niemal na wyłączność. Szaleliśmy z radości! Zrobiliśmy sobie wzajemnie zdjęcia z naszą parą na podróży poślubnej, a potem każdy poszedł w swoją stronę cieszyć się tym miejscem. Kiedy morze spotyka się z górami, widoki są zawsze piękne. A jeśli do tego masz drobny biały piasek i lazurowy kolor wody to krajobraz jest niesamowity… Dziękowaliśmy Bogu, że posłał nas na turystykę, że pracowaliśmy w biurach podróży, że dzięki temu mogliśmy zobaczyć tak wspaniałe miejsce! Wystarczyło 3 godziny lotu z Polski…

Stopniowo z upływem czasu pojawiało się więcej ludzi. Nie było jednak tłoczno. Czar prysł, kiedy ok 14.00 przypłynął statek z Kissamos i wysypał się z niego tłum turystów. My na szczęście byliśmy po kilku godzinach samotności, ciszy i spokoju. Kiedy tłum wchodził do laguny, nas już tam nie było. Ruszaliśmy w dalszą drogę pewnie z innymi wspomnieniami laguny od tych, którzy po nas tu przybyli… Choć droga powrotna przez półwysep to znów mozolna przeprawa ze strachem o przebicie kół, nikt nie miał wątpliwości, że było warto. W dalszą drogę udaliśmy się krętą nadmorską drogą na południe wyspy. Tam czekała na nas znana i zdecydowanie łatwiej dostępna Plaża Elafonissi. I choć jest naprawdę ładna – piasek miejscami ma różowy kolor, to nie robi takiego wrażenia jak Balos. Mimo to polecamy, bo łatwo tu trafić, a droga nad morzem wzdłuż zachodniego wybrzeża to także frajda. Na Elafonissi zostaliśmy niemal do zachodu słońca. Trzeba było jednak wracać, a powrót do hotelu daleki. Początkowo wiliśmy się krętymi drogami przez góry, mijając liczne wąwozy. Kiedy trafiliśmy znów na autostradę, było już łatwiej. Do hotelu wróciliśmy o północy. Na liczniku mieliśmy blisko 600 km! To jakby np. pojechać z Zielonej Góry do Świnoujścia, wykąpać się w Bałtyku i wrócić tego samego dnia! W Polsce chyba byśmy się na to nie zdecydowali. Ale dla Laguny Balos było warto…

Naszym znajomym tak się spodobało podróżowanie z nami, że kolejnego dnia także ruszyliśmy razem w drogę. Tym razem zdecydowanie bliżej bo wszyscy odczuwaliśmy trud poprzedniej eskapady. Na początek odwiedziliśmy największą na Krecie wioskę – Kritsa. Można tam zobaczyć bizantyjską cerkiew Panagia Kera, ze starożytnymi malowidłami. W miejscowości można też nabyć ciekawe pamiątki. Następnie pojechaliśmy do Knossos, które podaje się jako jedną z największych atrakcji na wyspie. I owszem, biorąc pod uwagę wątek historyczny związany z jedną z pierwszych europejskich cywilizacji, jaką była kultura Minojska, grecką mitologię itd., to Knossos zapewne jest miejscem ważnym nie tylko na Krecie. Niemniej jednak, jeśli ktoś kompletnie się tymi tematami nie interesuje, to szkoda jego czasu i pieniędzy. Dlatego, że na miejscu czeka go sterta kamieni, schodów i kilka glinianych dzbanów – pitosów i to wszystko. Potrzeba wielkiej wyobraźni, a przede wszystkim wiedzy historycznej, by wyobrazić sobie piękno pałacu i wielkość minojskiej cywilizacji… Obiektywnie patrząc zdecydowanie lepsze wrażenie robi twierdza w porcie w Heraklionie – stolicy wyspy. Tego dnia akurat była niedziela i miasto było wyciszone, ulice raczej puste i ten senny nastrój udzielił się chyba wszystkim. Dlatego odpuściliśmy sobie zwiedzanie stolicy. Pojechaliśmy jeszcze na jedną z plaż w tej znanej turystycznie części wyspy, by potem wrócić do hotelu.

Kolejnego dnia Agnieszka i Marcin zostali już w hotelu i cieszyli się sobą – w końcu to była ich podróż poślubna. My natomiast pojechaliśmy w Góry Dikte. Kreta to przede wszystkim góry. Na wyspie jest ponoć 50 szczytów powyżej 2 000 m. Dlatego często można tu spotkać malownicze widoki. Z uwagi jednak na wrzesień i spaloną słońcem ziemię, nie były może aż tak spektakularne, jakie pewnie są wiosną. W tej części gór znajduje się Płaskowyż Lassithi. To taka żyzna, wysoko położona równina otoczona górami. Dawniej znajdowało się tu sporo malowanych na biało wiatraków, z których część pozostała do dziś. W drodze do płaskowyżu zatrzymaliśmy się w małej restauracji, której to właściciel chwalił się polskim przewodnikiem, w którym był opisany. Był bardzo miły, a miejsce na postój faktycznie przyjemne. Sam płaskowyż nie robił może piorunującego wrażenia, bo pola były wysuszone i w monotonnej barwie. Ale nie żałowaliśmy, że tu przyjechaliśmy. Przy okazji odwiedziliśmy jaskinię, w której to ponoć narodził się sam Zeus. Nie należy ona do szczególnie ciekawych, ale będąc tu warto wstąpić. Tym bardziej, że z góry można zobaczyć całą panoramę płaskowyżu. Pozostając jeszcze przy „rolniczych” klimatach, rzecz o wioskach na Krecie. Nie zwiedziliśmy może ich zbyt wiele, ale też poza nielicznymi większość była po prostu brzydka. A główną przyczyną tego jest nijaka zabudowa, a przede wszystkim niedokończone domy. W większości wystają jakieś pręty, czegoś tam brakuje, są niepomalowane itp. Słyszeliśmy opinię, że to celowe działanie, by nie płacić podatku od nieruchomości. Może coś jest na rzeczy, skoro Grecy są znani w całej Europie ze swoich finansowych problemów i przekrętów… Szkoda, bo lubimy klimat uroczych, małych miejscowości. Rekompensują to często obecne przy drogach małe kapliczki w kształcie cerkwi/monastyrów. Mają swój klimat… Pochwalić też trzeba mieszkańców za wszędzie dostępny, świeżo wyciskany sok pomarańczowy:) Często można spotkać babcie przy drogach, które uraczą nas orzeźwiającym sokiem. Z płaskowyżu wracaliśmy w dół krętą drogą do Malii. Auto właściwie jechało samo, a my oglądaliśmy widoczki… I tak upłynął nam kolejny lekki dzień.

Grecki kościółek
Grecki kościółek

Lecąc na Kretę od początku wiedzieliśmy, że popłyniemy na Santorini. Ostatni więc dzień urlopu poświęciliśmy na tę właśnie wyspę. O przygodzie jaką wtedy przeżyliśmy przeczytacie w artykule „Uwięzieni na Santorini”. Mamy nadzieję, że będzie jeszcze okazja, aby odwiedzić Kretę. Choć przejechaliśmy ją od wschodu do zachodu (łącznie1360 km), to nie wdzieliśmy jeszcze całego południa. Brakło też czasu na znane atrakcje typu Rethymo, Chania czy Wąwóz Samaria. Kreta to wielki potencjał dla każdego turysty. Zresztą jak na Królową Greckich Wysp przystało…

RADZIMY:

  • Podzielić pobyt na wyspie na część wschodnią i zachodnią i zwiedzać je spokojnie podczas osobnych wyjazdów.
  • Jeśli ktoś nie interesuje się historią odpuścić sobie zwiedzanie Knossos.
  • Drogę do Laguny Balos przez półwysep Gramvousa radzimy pokonać jeepem albo pieszo;) Aby w pełni poczuć rajski klimat tego miejsca, należy tu przybyć rano albo późnym popołudniem.

Korzystamy z plików cookies zapisujących dane użytkownika.

Nasza Strona internetowa używa plików cookies do prawidłowego działania strony w tym do celów statystycznych. Korzystanie ze Strony bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w Polityce Plików Cookies

Zrozumiałem