facebook Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. instagram

Santorini odwiedziliśmy podczas urlopu na Krecie. Choć rejs był drogi to od samego początku wiedzieliśmy, że na niego popłyniemy. Wycieczki bezpośrednie z Polski sporo kosztują. Najlepiej odwiedzić wyspę podczas rejsu po Cykladach, ale niestety nie mamy własnej łodzi;) Dlatego dobrą opcją na wyjazd jest rejs z Krety. Poszukiwanie najtańszej opcji dostania się na Santorini, było przyczyną naszej przygody na wyspie… Rejs z Krety u rezydenta kosztował około 145€/os. Przez cały nasz pobyt szukaliśmy więc tańszej alternatywy po lokalnych biurach. W końcu kupiliśmy wycieczkę, która miała się odbyć na dzień przed powrotem do kraju za 126€/os, bo taniej się nie dało. Owszem, można było kupić same bilety na katamaran, ale wtedy na miejscu transfer do miejscowości z portu i samo poruszanie się po wyspie byłoby dodatkowym kosztem. Można też było taniej popłynąć promem, który pływał dwa razy na tydzień i nie wracał tego samego dnia na Kretę. Ale my nie mieliśmy tyle czasu. Kupiliśmy więc znaleziony tańszy pakiet i czekaliśmy na ten ważny dzień, ciesząc się pobytem na Krecie.

Do portu w Heraklionie pojechaliśmy na własną rękę, bo wycieczka kończyła się wieczorem, a wylot mieliśmy wcześnie rano następnego dnia. Woleliśmy mieć auto, by szybko wrócić do hotelu. W porcie czekał katamaran, który po ok. 2 godzinach rejsu dowiózł nas na Santorini. Tam razem z innymi turystami z różnych krajów wsiedliśmy w autokar i zaczęliśmy zwiedzanie. Pani mówiła na przemian w czterech językach i tak w kółko… Ale ogólnie było ok. Na początek zobaczyliśmy Pyrgos – dawną stolicę wyspy. I tu po raz pierwszy w zetknięciu z bielą domków Santorini zobaczyliśmy, jakim błędem było nie zabranie okularów przeciwsłonecznych. Mrużyliśmy oczy, bo słońce odbijające się od białych powierzchni niesamowicie nas raziło. Minęło sporo czasu, aż się do tego przyzwyczailiśmy. I chyba też nasz aparat tego nie wytrzymał, bo z niewiadomego powodu się popsuł. Zdjęcia musieliśmy robić telefonem.

Ostatnim punktem zwiedzania była Thira, która jest obecną stolicą wyspy. I tu dowiedzieliśmy się niepokojącej rzeczy… Otóż z powodu strajku nasz katamaran musiał popłynąć na inną wyspę, by zatankować paliwo i będzie opóźnienie w powrocie. A były to czasy, kiedy od dawna mówiło się o greckim kryzysie. Sami Grecy na dobre już zaczęli strajkować. Planowo na Krecie mieliśmy być około 18. Transfer z hotelu na lotnisko był o 3 nad ranem. Teoretycznie czasu było sporo, ale… Zaczęliśmy się bać, że nie zdążymy na samolot i „na zawsze” zostaniemy na pięknej Santorini. Dzięki temu opóźnieniu dane nam było oglądać zachód słońca, czego zwykle przy jednodniowej wycieczce nie można zobaczyć. I rzeczywiście zachód był piękny, ale tłumił go nasz strach przed opóźnionym powrotem. Kiedy słońce zaszło, (a my powinniśmy już być na Krecie), autokar zabrał nas do portu i tam czekaliśmy na prom. Okazało się jednak, że jest sztorm – a nasz katamaran przy wysokich falach musi ograniczyć prędkość… I tak w niepewności czekaliśmy na niego do godziny 23.

Oia
Oia

Kiedy w końcu ruszyliśmy, katamaran skakał po wzburzonym morzu, przez co nie mógł rozwinąć pełnej prędkości. W drodze kalkulowaliśmy, co zrobić: czy zdążymy na transfer na lotnisko, jak oddać auto do wypożyczalni po północy, ile mogą kosztować nowe bilety na powrót jeśli nie zdążymy na lot…! Kiedy przypłynęliśmy na Kretę mieliśmy około godziny do transferu na lotnisko. Pędziliśmy jak wariaci przez Heraklion nie patrząc na czerwone światła. Gnaliśmy krętą drogą, na której (jak się później okazało), kiedyś zginął na motorze jeden z rezydentów biura podróży…, żeby tylko zdążyć na transfer. A przecież można było spokojniej. Mogliśmy wynająć taksówkę, która dowiozłaby nas z hotelu na lotnisko. Mogliśmy poprosić poznanych wcześniej znajomych, by nas zawieźli wypożyczonym autem i oddali je w naszym imieniu do wypożyczalni. Możliwości było kilka, ale wtedy o tym nie pomyśleliśmy. Te refleksje przyszły później… Angelika w trakcie jazdy poinformowała rezydentkę, że możemy się chwilę spóźnić, żeby na nas poczekała z transferem. Kiedy dojechaliśmy, autokar czekał 5 minut. Ja wpadłem do recepcji zostawiając klucze od auta z przykazaniem, aby recepcjonista oddał je człowiekowi z wypożyczalni. Angelika pobiegła pakować walizki. Wszystko, co było w szafkach, dosłownie jednym ruchem wrzuciliśmy do walizek i wsiedliśmy do autokaru. Spóźniliśmy się studencki kwadrans. Ale dla nas to było jakieś 70 min niesamowitego stresu i szaleńczej jazdy po krętych drogach na wyspie… Strajk, sztorm – to nie była nasza wina. Ale od tamtej pory wiemy, że tak dalekich wycieczek nie robi się na dzień przed wylotem… Szkoda nam było Santorini. Z obawy przed późnym powrotem, nie mogliśmy się w pełni nacieszyć jej pięknem. Następnym razem popłyniemy tam na dłużej, żeby sami na spokojnie objechać wyspę skuterem. W ciągu jednego dnia przeżyliśmy zarówno piękną, jak i stresującą przygodę… Dziś wspominamy to już z uśmiechem:)

RADZIMY:

  • W przypadku jednodniowego rejsu na Santorini warto porównać ceny u polskiego rezydenta z lokalnymi agencjami i zastanowić się, czy faktycznie warto oszczędzać kilka euro kosztem anglojęzycznego przewodnika i rejsu małym katamaranem, który przy kiepskiej pogodzie traci pływalność.
  • W przypadku dłuższego pobytu na Krecie lub innej wyspie, radzimy kupić sam bilet i popłynąć na kilka dni na Santorini.

Korzystamy z plików cookies zapisujących dane użytkownika.

Nasza Strona internetowa używa plików cookies do prawidłowego działania strony w tym do celów statystycznych. Korzystanie ze Strony bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w Polityce Plików Cookies

Zrozumiałem