facebook Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. instagram

Jeślibyśmy zrobili plebiscyt na najładniejsze plaże na podstawie naszych dotychczasowych wyjazdów, to plaże Fuerteventury byłyby w ścisłej czołówce. Na żadnej innej wyspie nie widzieliśmy tylu kilometrów piasku nad wodą… Rekompensują one mało urozmaicony krajobraz wyspy, na który składają się jałowe pustkowia i łagodne pagórkowate szczyty. Roślinności jest tu też jak na lekarstwo. Ale taki już urok tej najstarszej z Wysp Kanaryjskich i drugiej pod względem wielkości w tym archipelagu.

Naszą podróż zaczęliśmy od odbioru auta już na lotnisku po przylocie. Po raz pierwszy zamawialiśmy je przez internet i wyszło to całkiem korzystnie. Dodatkowo, z uwagi na brak auta w zamówionym segmencie, dostaliśmy w tej samej cenie większe i bardziej komfortowe. Nasz hotel znajdował się w Caleta de Fuste. To jedna z większych miejscowości turystycznych i dobra baza wypadowa na zwiedzanie wyspy. Nie ma jednak tak spektakularnych plaż, z których słynie Fuerteventura. Jest też gdzie wyjść wieczorem, zrobić zakupy itp. Pierwszy dzień wycieczki poświęciliśmy na centralną i północno – wschodnią część wyspy. Przyjemnie prowadziło się auto na niemal pustych drogach. Gdzieniegdzie krajobraz równego pustkowia i gór w oddali, urozmaicały stare wiatraki i pojedyncze zabudowania. Tak sobie pomyśleliśmy, że przyjemnie by się tu jeździło rowerem. Drogi są równe, teren z jednej strony pofałdowany, ale niewymagający i do tego prawie brak samochodów. Pierwszy kontakt z oceanem mieliśmy w małej zatokowej Los Molinos. Jest tam mała restauracja, domek rybaków i kilka łodzi. Plaży właściwie nie ma, bo zatokę otacza wulkaniczny klif, a na dole jest wąski pas żwirku i kamieni. Takie zapomniane miejsce na wschodzie wyspy. W dalszą drogę udaliśmy się do Cotillo. Na północ od miejscowości jest latarnia, z której są ładne widoki na okolicę. W budynku zlokalizowane jest małe muzeum. Blisko jest też plaża. Może nie jest szczególna, ale kolor wody iście tropikalny. Jednak lepsze wrażenia czekały na nas na południe od miejscowości… Jadąc nieutwardzoną drogą dojechaliśmy do klifu nad długą i szeroką plażą. Nazywa się chyba Playa del Castillo. Najważniejsze, że jest na południu od Cotillo – łatwo trafić. Jest ładna i podobną widzieliśmy już na Porto Santo. Ale tego dnia nie sama plaża była główną atrakcją. Kiedy na nią schodziliśmy wiał mocny wiatr i fale były dosyć duże. Ale z minuty na minutę wiatr się wzmagał i fale stawały się coraz większe… Kąpiel więc była niezłą frajdą. W pewnym momencie fale były tak duże, że z kilkoma innymi turystami, którzy byli z nami, baliśmy się wchodzić głębiej do wody… Jednak ciekawość i podniecenie wzięły górę i nie przepuściliśmy tej okazji. Rzucaliśmy się więc na ogromne fale, które potem nas rzucały jak i gdzie chciały…! Mogliśmy się tylko poddawać ich sile, bo wszelkie próby pływackie kończyły się niepowodzeniem. Wchodziliśmy więc do oceanu, by po chwili znów zostać wyrzuconym na brzeg i tak bez końca… Takiej siły żywiołu, adrenaliny i zabawy w wodzie nie doświadczyliśmy nigdy przedtem… Wyczerpani tą walką, o zachodzie słońca wróciliśmy do hotelu.

Kolejnego dnia ponownie wróciliśmy na północ wyspy, sunąc pustym krajobrazem. Ale promienie słońca nadawały mu ładnych kolorów. Mijane wioski nie były szczególnie ciekawe. Ogólnie miejscowości na Fuerteventurze nie mają jakiegoś szczególnego charakteru. Kilka z reguły białych domków, mały kościołek i to wszystko. Jadąc tak przez nie, dotarliśmy do Corralejo. To jedna z największych miejscowości na wyspie, a także port łączący ją z sąsiednią Lanzarote. Kupiliśmy bilety promowe na tę właśnie wyspę, na której spędziliśmy dwa atrakcyjne dni, o czy piszemy w relacji Lanzarote – wyspa ognia. Choć samo Corralejo ma kiepskie plaże to w miejscowości sporo się dzieje. Ładnych plaż trzeba szukać na południowym – wschodzie od miejscowości. Są nimi Wydmy Corralejo. To park narodowy z szerokimi i długimi na kilka kilometrów wydmami. Momentami można poczuć się jak na piaszczystej pustyni… Tutaj także zażywaliśmy kąpieli, choć ocean w porównaniu do poprzedniego dnia był tym razem „grzecznym jeziorkiem”. Niemniej jednak wydmy koniecznie trzeba zobaczyć.Na koniec wyjazdu zostawiliśmy sobie południową, najbardziej atrakcyjną część wyspy. Kurorty takie jak Costa Calma czy Moro Jable położone są przy pięknych plażach, a najwyższe na wyspie góry urozmaicają krajobraz. Oglądając wcześniej głównie nagie pustkowia, widząc las palm w drodze do Costa Calmy, czuliśmy się jakbyśmy wjeżdżali do oazy na pustyni. Tutaj zaczyna się wielokilometrowa Plaża Sotavento, przy której położone są liczne hotele. Jadąc dalej dojeżdża się do Plaży Jandia, która jest jakby przedłużeniem tej pierwszej. Daje to w sumie około 25 kilometrów szerokiej plaży! Najlepsze odcinki są pomiędzy Costa Calmą a Moro Jable, gdzie nie ma hoteli. Urok plaży Jandia można dodatkowo ocenić zjeżdżając z autostrady przed Moro Jable na punkt widokowy. Warto… Sama natomiast miejscowość chyba najbardziej nam się podobała. Pośrodku ulicy ciągnie się aleja palm. Jest promenada przy plaży, deptak ze sklepami, hotele, no i oczywiście szeroka plaża. Choć byliśmy tu chwilę to kurort wydawał nam się z klimatem. Za nim jadąc już nieutwardzoną drogą można dojechać do latanii na południowym krańcu wyspy. Wcześniej inna nieutwardzona droga odbija w prawo i prowadzi a jakże do kolejnej plaży:) Na wschodzie Półwyspu Jandia plaże Sotavento i Jandia ciągną się wiele kilometrów, będąc siedliskiem licznych hoteli i miejscem wypoczynku turystów. Natomiast po stronie zachodniej na niemal podobnej długości Plaży Cofete nie ma żadnego hotelu! Widok z punktu przed zjazdem na dół, na góry i pustą plażę jest niesamowity! Praktycznie brak tu infrastruktury: barów czy restauracji. Tylko na zboczach gór samotna i tajemnicza Willa Wintera, o której krążą różne historie… Po pokonaniu nierównej drogi w dół dotarliśmy do plaży. Można tu spędzić cały dzień, spacerując wzdłuż i kontemplując ten intrygujący krajobraz. Wiedzieliśmy już, że po wschodniej części wyspy wiatr mocniej napędza fale. Ale na Cofete ocean ma jeszcze inną właściwość… Wchodzą do wody już właściwie powyżej kolan można poczuć jak woda wciąga człowieka do środka. Nie próbowaliśmy wchodzić głębiej, bo fale i wiry wodne były dziwnie niebezpieczne. Miejsce to ma swój niezwykły klimat. Taka mieszanka pustego spokoju, a zarazem niepokoju, siły żywiołu i tajemnicy… Fajnie byłoby tu spędzić samotnie noc na plaży… W drodze powrotnej do hotelu udaliśmy się trasą z La Pared do Pajary. Jest to malownicza – kręta droga, która szczególnie efektownie wygląda o wschodzie albo zachodzie słońca. Promienie słońca nadają wówczas otoczeniu pięknych barw. Fuerteventura to przede wszystkim plaże. Kilometry pięknych piaszczystych i dzikich plaż dla wszystkich amatorów pływania, spacerów po piasku, a także uprawiania sportów wodnych na wysokich falach. Choć wolę góry to musiałem przyznać Angelice, że nadmorski krajobraz może być równie piękny i ekscytujący…

RADZIMY:

  • Jeśli celem wyjazdu jest głównie wypoczynek to lepiej wybrać hotel na Półwyspie Jandia

Korzystamy z plików cookies zapisujących dane użytkownika.

Nasza Strona internetowa używa plików cookies do prawidłowego działania strony w tym do celów statystycznych. Korzystanie ze Strony bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w Polityce Plików Cookies

Zrozumiałem