facebook Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. instagram

Październik 2009… Parą byliśmy niespełna rok czasu. Oboje jeszcze na studiach i nieco ponad dwa laty w branży turystycznej. Za nami niewiele zagranicznych szkoleń i ledwo kilka wyjazdów do europejskich miast. Każdy jednak indywidualnie w czasach, kiedy jeszcze się nie znaliśmy. Wiele jeszcze czekało do odkrycia… W tym czasie dostałem nową pracę w dobrym biurze podróży, gdzie z powodzeniem mogłem rozwijać się zawodowo, ale też spełniać swoje, a od pewnego czasu także nasze, podróżnicze pasje. Okazja do tego trafiła się niespełna trzy tygodnie po rozpoczęciu nowej pracy. Madera – wyspa niezwykła. Polacy latają na nią rzadko. Bo to droga, bo nie ma plaż, bo jak na Europę to za daleko. Dlatego jest to miejsce w naszym bliskim – europejskim świecie, poniekąd egzotyczne. Na nas ta nazwa działa niesamowicie! I oto mieliśmy okazję tam się znaleźć, bo cena była wyjątkowo korzystna. 27 października siedzieliśmy więc w samolocie lecąc po razpierwszy na nasz wspólny zagraniczny urlop…

Zakupiony hotel był skromny, ale czysty i to nam wystarczało. Do tego miał restaurację z widokiem na ocean. Miejscowość Garajau, w której mieszkaliśmy, była malutka, więc pierwszego dnia pojechaliśmy autobusem do stolicy wyspy - Funchal. Już sama jazda była dla nas niesamowitą frajdą, bo drogi na Maderze są wąskie i niezwykle kręte. Ciągle pod górkę albo w dół, a poniżej dróg głębokie urwiska i przepaście. Wrażenie to potęguje jazda w autobusie, kiedy człowiek siedzi wysoko i nie ma pod nogami pedału hamulca… Stolica jest tak naprawdę jedynym dużym miastem na wyspie. Wzdłuż brzegu prowadzi promenada wysadzana licznymi palmami i innymi egzotycznymi roślinami. Ale o tym jeszcze później… W porcie czekały duże statki pasażerskie, które albo wracały do Europy albo zatrzymały się tu w drodze na Karaiby. Spacerowaliśmy po mieście, jego placykach i ogrodach. Odwiedziliśmy Muzeum Frederico de Freitas, gdzie po raz pierwszy spotkaliśmy się z azulejos – ceramicznymi kolorowymi płytkami charakterystycznymi dla Portugalii i Hiszpanii. Numery domów, nazwy ulic, sklepów, punktów usługowych, czy w końcu ściany budynków i wnętrza kościołów, wszędzie można było znaleźć azulejos. Z twierdzy górującej nad miastem oglądaliśmy jego ładną panoramę. Nie ma wysokich bloków, a raczej niższe domki, kryte w większości czerwoną dachówką. Trafiliśmy też na Zona Velha – znany bazar w Funchal, gdzie Angelika nie mogła nadziwić się egzotycznym owocom. Pod koniec dnia znaleźliśmy chyba już nieczynne o tej porze roku miejskie kąpielisko. Były to małe baseny nad brzegiem oceanu, z niewielką kamienistą plażą tuż obok. Wchodziło się przez budynek z prysznicami i szatnią, ale w budce na wejściu nikogo nie było. Skorzystaliśmy więc z darmowego wejścia i zażywaliśmy kąpieli, patrząc jak potężne statki Costa Cruises odpływają gdzieś z turystami…

Pas startowy na lotnisku w Funchal
Pas startowy na lotnisku w Funchal.

Drugiego dnia opuściliśmy Maderę udając się w rejs na sąsiednią Porto Santo. Nie każdy wie, że Madera jest nie tylko samotną wyspą, a wchodzi też w skład małego archipelagu, do którego należy właśnie Porto Santo i niezamieszkane Desertas. Od strony morza mogliśmy zobaczyć, jak górzysta jest Madera, jak na zboczach tych gór rozłożone są małe miejscowości. Z tej perspektywy kapitalnie też wygląda lotnisko na wyspie, które samo w sobie jest atrakcją. Otóż spora część płyty startowej stoi na 180 betonowych kolumnach, gdyż z uwagi na klifowe wybrzeże nie można było wygospodarować odpowiedniej długości kawałka lądu na ten pas. Jest to jedno z najbardziej niebezpiecznych lotnisk na świecie. Ale przecież wszyscy wiemy, że samolot i tak jest najbezpieczniejszym środkiem transportu;-)

Wróćmy do Porto Santo. Znacznie mniejsza od Madery ma także całkiem inny od niej charakter. Nie ma tutaj bujnej zieleni, a właściwie tylko suchy krajobraz nagich, powulkanicznych wzgórz. Wyspa sama w sobie jest rzadkim celem turystów. Ale jeśli ktoś chciałby zapomnieć o całym świecie i lubi plaże, to miejsce dla niego idealne. Bo właśnie plaża wyróżnia Porto Santo. Dziewięciokilometrowa, z delikatnym – żółciutkim piaskiem. Hoteli jest niewiele, a o tej porze roku turystów całkiem jak na lekarstwo. Byliśmy zachwyceni! Po krótkim spacerze po małej stolicy Vila Baleira, calutki dzień korzystaliśmy z plaży i oceanu. Angelika szalała z radości, czegoś takiego jeszcze w życiu nie widzieliśmy. Do tego fale oceanu były całkiem spore, przez co kąpiel dawała dużo atrakcji. Pod koniec dnia opaleni słońcem, z solą w gardle wsiedliśmy na powrotny rejs. Jeśli będziecie na Maderze poświęćcie jeden dzień na Porto Santo, a nie pożałujecie…

Porto Santo
Porto Santo.

Kolejnego dnia wyruszyliśmy ponownie do stolicy wyspy. Tym razem czekała na nas kolejka linowa na wzgórze Monte. Polecamy kupić bilet w jedną stronę, bo dzięki temu powrót na dół będzie bardziej emocjonujący… Na wzgórzu czekają ogrody Monte Palace, gratka dla wszystkich fanów kwiatów i egzotycznych roślin. Madera pod tym kątem wyróżnia się od innych wysp w Europie. Tutaj zawsze panuje wiosna,deszczu jest więcej niż na sąsiednich Kanarach, dlatego ciągle coś kwitnie. Nie bez powodu jest nazywana „pływającym dzbanem kwiatów” czy „ogrodem samego Boga”… Niestety tego dnia urok tropikalnej roślinności Robertowi zakłócał jakiś ból brzucha. Postanowiliśmy więc wrócić do hotelu. I teraz właśnie ten emocjonujący powrót. Wspominaliśmy, że na Maderze ciągle jest góra – dół, góra – dół. Zanim technika pozwoliła na budowę kolejki linowej, mieszkańcy musieli ciągle wchodzić pod górę. Ale z górki było już łatwiej… Wykorzystywali do tego sanie, którymi zjeżdżali w dół. Świat poszedł do przodu, wybudowano kolejkę linową, ale sanie i tradycja zostały. Wsiada się normalnie do wiklinowych sanek na płozach. Dwóch panów odpycha was nogami i po nabraniu prędkości lecicie w dół. Wrażenia niesamowite zwłaszcza, że pod górę drogą jadą samochody. Droga jest wąska, sanie pędzą, a steruje się nimi za pomocą sznurka. Kierowcy sanek mają wprawę i w dosłownie ostatnim momencie unikacie zderzenia z naprzeciwka jadącymi autami! Koniecznie trzeba to przeżyć. Kiedy wróciliśmy do hotelu, udaliśmy się jeszcze na krótki spacer do punktu widokowego w Garaju. Stoi tam posąg Chrystusa Króla, taki jak w Rio de Janeiro, tylko znacznie mniejszy. Poniżej stromego klifu była nasza wąska – kamienista plaża, do której jeździło się kolejką. Alternatywnie można było iść pieszo dwukilometrową serpentyną… Taki jest urok Madery. Albo plaży nie ma w ogóle, albo jest kamienista, albo pływasz w basenach ze skały wulkanicznej, do których woda wpada wraz z oceaniczną falą. Rekompensuje to jednak niespotykanymi nigdzie indziej krajobrazami.

Nadszedł czas na nasze pierwsze wypożyczone auto. Nie mieliśmy jeszcze ukończonych 25 lat, więc dodatkowo musieliśmy zapłacić ubezpieczenie dla młodych kierowców. Ponadto agent musiał sprawdzić Roberta, jak sobie radzi za kierownicą, bo po Maderze jeździ się naprawdę trudno. Opowiadał nam historie o ludziach, którzy dzwonili z góry przerażeni, że dalej nie pojadą i nie są w stanie wrócić… Słysząc to Angelika sama miała wątpliwości, czy dobrze robimy biorąc to auto. Ale decyzja zapadła i nie było odwrotu. Spokojnie więc ja jako kierowca, a moja dziewczyna jako pilotka, ruszyliśmy naszą Micrą w góry. Pierwszym punktem zwiedzania była Dolina Zakonnic. Kryły się tu ponoć dawniej zakonnice, kiedy do wyspy przypływali piraci. I nie ma się co dziwić, że wybrały to miejsce. W tamtym czasie kiedy nie było dróg, dostać się do tej głębokiej doliny było naprawdę trudno. Tu po raz pierwszy zobaczyliśmy ukryte wewnątrz wyspy piękno. Zielone góry i wąwozy, przez które jeździło się wąskimi, niezwykle krętymi drogami. Widząc pod nami kilkusetmetrowe przepaście można poniekąd zrozumieć strach tych, którzy nie potrafili tu jeździć. Ale wystarczy zwykła rozwaga i naprawdę wszystko jest w porządku. Zwłaszcza jeśli to Ty masz hamulec pod stopami. Angelika z każdym zjazdem czy zakrętem mimowolnie zapierała się nogami, jakby to miało nam pomóc;) Z gór wróciliśmy nad ocean po drodze zahaczając o Cabo Girao – najwyższy klif w Europie (580 m). Patrząc z góry w dół na malutkie statki naprawdę może zakręcić się w głowie… Wspominaliśmy już, że inne miejscowości na wyspie poza Funchal są raczej małe. Jedną z nich jest Ribeira Brava. Mały placyk z kościołem w centrum i kilkanaście domów. Mniej więcej tak wygląda większość miejscowości na wyspie. Mają swój urok. My natomiast ponownie udaliśmy się w stronę gór. Droga wiła się wśród stromych szczytów, które z każdym zakrętem stawały się coraz niższe, a my byliśmy coraz wyżej. Na punkcie widokowym Boca Encumenada można zobaczyć jednocześnie ocean z dwóch różnych stron wyspy. To jedyna taka przełęcz na Maderze. Przecięliśmy wyspę wzdłuż docierając do Sao Vincente. Tam odwiedziliśmy podziemne muzeum, gdzie można zapoznać się z wulkaniczną historią wyspy. Tam też po raz pierwszy w życiu widzieliśmy film w 3D:) Naszym kolejnym celem było Porto Moniz i tzw. Północna Droga Nadbrzeżna. Wprawieni już trochę w jeździe mogliśmy sobie pozwolić na nieco bardziej śmiałe pokonywanie niebezpiecznych dróg. A taką właśnie drogą była ta trasa. Nowa „autostrada” prowadziła przez tunel wydrążony w górze, ale my skręciliśmy w wąską drogę jadąc stromym klifem. Po lewej stronie potężna ściana góry, z której na auto co jakiś czas spadała kaskada wody z wodospadu! Po prawej stronie niski murek odgradzający nas od stromego klifu i wyjątkowo niespokojnego oceanu… To było jedno z najbardziej ekscytujących przeżyć w naszym życiu. Na końcu drogi okazało się, że właściwie była ona nieczynna, bo stały znaki ostrzegawcze zakazujące wjazdu. Nie wiemy, czy dziś jest ona wyremontowana i ponownie oddana do użytku, czy może już całkowicie zamknięta i wszyscy korzystają z tunelu. Nam się przejechać jeszcze udało i gorąco polecamy…

Północna Droga Nadbrzeżna
Północna Droga Nadbrzeżna.

Tak dotarliśmy do Porto Moniz. Słynie ono z naturalnych basenów wyrzeźbionych w skale wulkanicznej. Baseny te miejscami są zabezpieczone betonowymi murkami, by kąpiący się nie wpadli do otwartego oceanu. A z tym nie ma żartów, bo w północnej części wyspy mocniej wieje i potężne fale z impetem rozbijają się o postrzępione skały… Przy okazji systematycznie dolewają wody do basenów. Pływaliśmy więc bezpieczni wewnątrz, czasem opierając się o krawędź oddzielającą nas od oceanu i podziwiając siłę żywiołu…Dzień dobiegał końca i trzeba było wracać. Byliśmy niemal na drugim końcu wyspy. A podróż w nocy po krętych drogach mogłaby się różnie skończyć. Wróciliśmy jednak bezpiecznie.

Drugi dzień, w którym mieliśmy do dyspozycji auto poświęciliśmy na wschodnią część wyspy. I tutaj zawiódł nasz książkowy przewodnik, bo tylko wspomniał o Półwyspie św. Wawrzyńca, zamiast wyraźnie podać go jako główną atrakcję. A było to jedno z najładniejszych miejsc na wyspie! Na szczęście Angelika zasugerowała, by tam się udać, bo ja tego niestety nie miałem w planach. Od tamtej pory korzystamy ze znacznie większej ilości źródeł, niż tylko jedna książka. Na szczęście Angelika ma też jakąś taką intuicję, że nie przygotowując się szczególnie do wyjazdu z łatwością przewiduje atrakcyjne miejsca. Ja do tego muszę przeczytać „tony” książek. Półwysep ten można zobaczyć z dwóch punktów widokowych na jego początku, ale zdecydowanie polecamy poświęcić czas na piesze przejście go do końca. Nie mając go wcześniej w planie wybraliśmy się bez wody z dwoma tylko bananami. A idzie się i idzie… Mimo to było warto. Widoki różnokolorowych klifów, pusta przestrzeń i ocean na dole robią niesamowite wrażenie. Jeśli lubicie duże przestrzenie, połączenie wody i gór to coś dla Was. Zresztą zdjęcia mówią same za siebie… W dalszą drogę udaliśmy się w poszukiwaniu małych, uroczych domków w kształcie litery „A” z których słynie Madera. Znaleźć je było trudno i widzieliśmy ledwie pięć, może sześć w miejscowości Santana. Może gdzieś jeszcze są na wyspie, ale my ich nie widzieliśmy. Ponownie zaczęliśmy wspinać się w góry. W Ribeiro Frio odnaleźliśmy punkt widokowy na Dolinę Matadę, po drodze spacerując fragmentem lewady. Są to płytkie kanały, które powstały w celu nawodnienia małych pól i ogrodów wodą stromo spadającą z gór. Wytyczono wzdłuż nich liczne trasy trekingowe o różnym stopniu trudności. Nam niestety zabrakło czasu, by spokojnie przejść się lewadami, które są także kluczową atrakcją wyspy. Jadąc ciągle do góry wjechaliśmy na najwyższy możliwy do osiągnięcia autem punkt na wyspie: Pico de Arieiro (1818 m). Stąd już tylko pieszo można dojść na najwyższy szczyt Madery Pico Ruivo. Tu doświadczyliśmy zachodu słońca ponad chmurami. Płynęły one pod naszymi stopami jak mleko, przelewając się po stromych szczytach. Słońce najpierw ponad nimi nadawało niebu pięknych kolorów. Później schodziło coraz niżej, topiąc się w chmurach, tworząc także feerię barw, aby w końcu zginąć gdzieś w oceanie… Nasz język jest zbyt ubogi, aby opisać te widoki. Aparat jest za słaby, aby móc uchwycić to piękno. Zresztą do tego trzeba by było jeszcze czuć zapach powietrza, powiew wiatru i łącząc to w całość z wrażeniami wzrokowymi można dopiero doświadczyć tego przeżycia… Żal było stąd wracać. Żal był też za tym, że nie było czasu na przejście stromą drogą na Pico Ruivo. Ale kto powiedział, że na Maderę nie wrócimy…? W tamtym momencie musieliśmy jednak wrócić do hotelu. I trzeba było przebić się w nocy przez te gęste chmury. Ale i tym razem też sobie poradziliśmy.

Nazajutrz pozostał ostatni dzień pobytu na wyspie. Spędziliśmy go w bliskiej okolicy hotelu, znów oglądając ocean z punktu widokowego obok posągu Chrystusa Króla, a także korzystając z naszej hotelowej plaży. Kiedy wracaliśmy do Polski zaczął padać deszcz. Przez cały tydzień pogodę mieliśmy idealną, tylko w dniu wyjazdu zaczęło padać. Myśleliśmy wtedy, że Madera płacze za nami, bo nie wie czy wrócimy… Wrócimy na pewno, bo jeszcze dużo zostało do zobaczenia. A chętnie też wrócimy w te miejsca, gdzie doznawaliśmy naszych pierwszych – wspólnych zachwytów. Madera pozostawiała w nas wiele pięknych wspomnień i była świadkiem naszego pierwszego wspólnego wyjazdu. Dlatego na zawsze pozostanie w naszych sercach…

Radzimy

  • Jeśli preferujecie bliskość centrum to szukajcie hoteli w bezpośrednim sąsiedztwie Funchal albo Sana Cruz.
  • Kupić samemu bilety na rejs na Porto Santo w porcie Funchal. Wycieczka u rezydenta może być niemal dwukrotnie droższa.

Korzystamy z plików cookies zapisujących dane użytkownika.

Nasza Strona internetowa używa plików cookies do prawidłowego działania strony w tym do celów statystycznych. Korzystanie ze Strony bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w Polityce Plików Cookies

Zrozumiałem