facebook Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. instagram

Godzina 02.35 w nocy – patrzyłam na Roberta śpiącego w Mc’donaldowym fotelu. Mi, obserwującej ulice jednego z największych miast w Azji, czas umilała muzyka z mp3. Byliśmy od 5h w Bangkoku, w centrum nadal żyjącego o tej porze miasta. Dzień wcześniej o 08:30 rano wyjechaliśmy z Sihanoukville, aby pożegnać po 17 dniach Kambodżę i skierować się w stronę Malezji. Po drodze w planach mieliśmy jeszcze zwiedzanie wysp w Zatoce Tajlandzkiej. Gdy przekracza się granicę drogą lądową wjeżdżając do Tajlandii, wizę otrzymuje się tylko na 14 dni (a nie jak w przypadku drogi samolotowej – 30 dni). My na ten czas mieliśmy oczywiście dużo planów, ale czasu niestety niewiele…

Postawiliśmy przed sobą nie lada zadanie, aby całą trasę z Sihnoukville w Kambodży na Ko Tao w Tajlandii przejechać właściwie non stop. Oczywiście większość drogi chcieliśmy zrobić „stopem”:) Robert trochę marudził, że mamy mało czasu, i że to raczej niemożliwe, ale ja znów nie dałam za wygraną:) Wierzyłam, że nam się uda – bo do tej pory zawsze się udawało… Do granicy kambodżańsko – tajskiej dojechaliśmy autobusem za 7 USD. Autostop na tym odcinku nie wchodził w grę. Przez granicę przeszliśmy sprawnie. Za nią ruszyli na nas szturmem panowie z minivanów, aby zaproponować nam dojazd do Bangkoku za 800 batów(1 zł to ok 11 batów). Mimo, iż jest to ponad 400 km, to podziękowaliśmy im za taką cenę i ruszyliśmy pewnym krokiem przed siebie. W końcu wróciliśmy do Tajlandii, a tu auto-stop, jak wiedzieliśmy, działa rewelacyjnie:) Na drodze jednak stanął nam celnik z wielkim karabinem. Nie potrafił zrozumieć, że bez trudu do tej pory tak podróżowaliśmy, i że ma się o nas nie martwić. W końcu jakoś zrozumiał o co nam chodzi i co? I zaczął zatrzymywać wszystkich, którzy jechali z granicy w głąb Tajlandii, pytając czy przypadkiem nie jadą w naszym kierunku:) Po prostu kochamy Tajów!:) Za chwilę pędziliśmy już do Tratu, oczywiście na pace pick-upa:) Znów czuliśmy tę wolność i smak przygody… Nie to co w busie pełnym wygodnych turystów;)

Nie ma to jak nocleg w McDonaldzie:)
Nie ma to jak nocleg w McDonaldzie:)

Po dojechaniu do Tratu, musieliśmy złapać kolejną okazję, bo Taj z granicy jechał dalej w innym kierunku. Ale okazało się, że ta okazja już na nas czekała… Idąc wzdłuż drogi zauważyliśmy, że jakieś 400 m przed nami zjechał na pobocze minivan. Domyśliliśmy my się, że czeka na nas (tu w Tajlandii często busy, vany, taxi zatrzymują się same, aby złapać klienta). Wiedzieliśmy, że przejazd wiąże się z opłatą, więc chcieliśmy szybko go ominąć i ruszyć dalej, bo czas nas naglił, a do Bangkoku jeszcze było sporo kilometrów. Po wytłumaczeniu mu, w jaki sposób podróżujemy i że dziękujemy za życzliwość i płatny transport, zaproponował on nam, że weźmie nas za darmo do kolejnej miejscowości. Uprzejmość naszego Taja – kierowcy busa na tym jednak się nie zakończyła. Zamiast do miasta, zawiózł nas na stację, skąd odjeżdżają busy do Bangkoku i załatwił nam minivana za 100 batów/os, (normalna cena ok. 400 batów/os). Z takiej okazji głupio było nie skorzystać tym bardziej, że było to już późne popołudnie i raczej stopem do Bangkoku byśmy już nie dojechali. Dodatkowo na drogę podarował nam drożdżówki, sok i wodę:) Ta sytuacja po raz kolejny pokazała nam, że pomoc i serdeczność tych ludzi jest wielka!

Pędziliśmy więc w stronę stolicy, do której dotarliśmy około 22.00. Na miejscu ruszyliśmy w stronę dworca kolejowego wiedząc, że za chwilę odjeżdża ostatni pociąg w interesującym nas kierunku. Niestety zabrakło nam kilku minut i pociąg odjechał… Padło pytanie, co dalej? Kolejny odjeżdżał dopiero za 9 godzin. W nocy na stopa też nie bardzo… Nie było wyjścia i podjęliśmy decyzję, że czekamy do rana na kolejny pociąg. Pospacerowaliśmy zatem trochę po mieście, kierując się w okolice znanego nam, najwyższego budynku w Bangkoku – Bayoka i obserwując życie miasta o nocnej porze. Taki spacer z ciężkimi plecakami to w sumie żadna przyjemność. Mało oświetlone wieżowce nie robią wrażenia, po chodnikach biegają wielkie karaluchy, a kierowcy tuk-tuków i taksówkarze ciągle cię zaczepiają, by zawieźć do hotelu, którego nie zarezerwowaliśmy:) Noc mieliśmy spędzić w pociągu, który nam odjechał. Teraz bez sensu było szukać i płacić za hotel na parę godzin. Tak więc trafiliśmy do wspomnianego na początku „Maka” – doceniając w tym momencie jego 24-godzinne istnienie:)

O świcie znów wróciliśmy na dworzec. Pociąg w dobrej cenie do Chumpon (skąd odpływają promy na Koh Tao), był dopiero o 13.00!!! Czekać znów tak długo już nam się nie chciało. Jechać autobusem nie mieliśmy w zwyczaju:) Zdecydowaliśmy więc, że znów jedziemy stopem. Tylko jak wydostać się okazją z miasta, którego setki ulic prowadzą w najróżniejszych kierunkach, a obwodnic jest tyle ile u nas we wszystkich miastach wojewódzkich razem wziętych?! Pojechaliśmy więc miejskim autobusem na jeden ze skrajnie położonych dworców, z którego trzeba było pieszo wydostać się na właściwą obwodnicę. Jakoś się udało i poranną porą machaliśmy już do kierowców:) Na początek trafił się kumaty – młody chłopak, który wywiózł nas całkiem poza miasto. Tam było już z górki, bo na dół, choć daleko, to prowadziła główna droga.

Niech żyje wolność i swoboda – na pace pick-upa:)
Niech żyje wolność i swoboda – na pace pick-upa:)

Dalej złapaliśmy chłopaka, który jechał całkiem na południe, dalej niż my potrzebowaliśmy, (co później okazało się bardzo pomocne…). Nie tylko zawiózł nas do miasta Chumpon, ale też zboczył ze swojej trasy 25 km do portu położonego nad morzem. Tam okazało się, że prom nie płynie, bo była niedziela. Ja coś nie dowierzałam na tę informację, bo z przewodnika wynikało, że pływa codziennie. Pomyślałam, że Pani która nas o tym poinformowała może nie chce, abyśmy skorzystali z konkurencyjnej firmy i chce nam wcisnąć bilet na swój prom. Tylko miejsca miała dopiero na kolejny dzień. Trochę się podłamaliśmy, bo byliśmy zmęczeni długą podróżą i nie po to kombinujemy z nocnymi pociągami, jeździmy stopem, żeby na koniec bez sensu dodatkowo płacić za nocleg gdzieś, gdzie kompletnie nie mieliśmy być… Ale nasz kochany kierowca mimo, że języka nie znał ni w ząb, zrozumiał naszą sytuację i zaproponował nam dojazd do Surat Thani, do którego jechał. Stamtąd mogliśmy nocnym promem popłynąć na Koh Samui albo Koh Tao. Udało się…O 23.00 łódź odcumowywała i został nam już do pokonania ostatni odcinek, na szczęście śpiąc już na wygodnych materacach i tak nad ranem dotarliśmy na Koh Tao…

Witamy na Koh Tao
Witamy na Koh Tao

Teraz Robert i jego ulubione statystyki:)

Podczas tej podroży ustanowiliśmy kilka naszych, jak do tej pory rekordów, (oczywiście wszystko dzięki mojej wspaniałej Żonie, bo dla mnie ta podróż była abstrakcją..;) ). Licząc wszystkie odcinki (łącznie z morskim), przebyliśmy jednorazowo z punktu do punktu 1 488 km. Tym samym osiągnęliśmy najdłuższy dystans dzienny – 690 km. Ponadto przejechaliśmy z jedną osobą odcinek 620 km, co jak do tej pory było nie osiągalne. Gdyby nie życzliwość tych ludzi i szczęście, które nam tu ciągle towarzyszy, trudno byłoby osiągnąć takie wyniki. Nie da się też ukryć, że było to męczące, ale „Choć podróż długa same trudy wróży, nikt nie doznał przygody bez trudów podróży” (Johann Wolfgang Goethe)… :D

RADZIMY:

  • Jeśli nie interesują was rekordy:) i auto-stop, a docelowym miejscem po wizycie w Kambodży jest Bangkok, radzimy kupić bilet na całą trasę już w Kambodży. Jest on tańszy od tych kupowanych na dzielone odcinki. Zwłaszcza na przejściu granicznym Hat Lek, gdzie poza busami i auto-stopem, nie macie możliwości wydostania się. Procedura na granicy jest bardzo prosta i właściwie nie ma kolejek.
  • Nocny prom z Chumpon na Koh Tao (o północy), kosztuje ok. 250-300 batów (może dla bezpieczeństwa nie płyńcie w niedzielę…). Dzienne są droższe, w zależności od przewoźnika. Większość firm odpływa z portu 25 km poza miastem, poza firmą Lomprayah, która ma swoją przystań kilka kilometrów dalej.
  • Nocny prom na Koh Tao z Surat Thani kosztuje 550 batów, (nam udało się utargować na 450, ale nie jest łatwo). Nie ma kajut tylko pokład z materacami. Warto wskoczyć w śpiwór, bo w nocy jest chłodno.

Korzystamy z plików cookies zapisujących dane użytkownika.

Nasza Strona internetowa używa plików cookies do prawidłowego działania strony w tym do celów statystycznych. Korzystanie ze Strony bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w Polityce Plików Cookies

Zrozumiałem